PUBLIKACJE O GMO

Przedstawiamy dwa artykuły dotyczące GMO. Pierwszy z nich pt. „GMO, czyli co? Jasia Kapeli opisuje kwestie modyfikacji genetycznych. A drugi? Wprowadzenie w Polsce upraw GMO może doprowadzić do upadku drobnych gospodarstw rolnych – uważa dr hab. Katarzyna Lisowska. Dodatkowo poradnik jak kupować produkty pozbawione GMO oraz raport pn. „Wolne geny” – do pobrania.


GMO, czyli co?         

Jaś Kapela         

Okazuje się, że nawet rozsądni ludzie nie wiedzą, o co chodzi z tym GMO. Skąd mieliby, kiedy np. Gazeta Wyborcza publikuje wywiad  ze współpracownikiem Monsanto i daje mu tytuł: „Eksperci za GMO”. A Joanna Solska w „Polityce” komentuje , że „Konsumenci w naszym kraju […] od dawna jedzą żywność wyprodukowaną z roślin modyfikowanych genetycznie”. Na co dowodem ma być fakt, że jedzą ją kurczaki.

Być może dla Joanny Solskiej jedyni konsumencie w tym kraju to kurczaki, ale czasami wydaje mi się, że mieszkają w naszym kraju również ludzie (choć czasami myślę, że nie) i ci wcale nie jedzą żywności modyfikowanej genetycznie. Nawet jeśli jedzą ją kurczaki, które są taką paszą karmione. Jakoś nie wydaje mi się, żeby można było to utożsamić. Równie dobrze można by wywodzić, że konsumenci w naszym kraju od dawna odżywiają się poprzez fotosyntezę. 

  Solska broni hasła „GMO albo drożyzna”. Ekspert od Monsanto prof. Tomasz Twardowski stwierdza, że sprzeciw wobec GMO jest fanaberią: „Są na tyle bogaci, że mogą zapłacić o 10 czy 50 proc. więcej za jedzenie ekologiczne. Syta Europa nie potrzebuje żywności GM, natomiast w najbliższych dekadach będziemy mieli w Afryce i Azji dodatkowe trzy miliardy ludzi. Bogata Północ chce jedzenia jak najwyższej jakości, tymczasem biedne Południe zabiega o ilość”. Bardzo to podłe argumenty. Solskiej powiedziałbym, że gdyby płace w Polsce były większe, to jedzenie droższe o dziesięć procent nie było problem. Generalnie problemem jest, że pewne rzeczy są za tanie (np. ludzka praca), a nie za drogie. I myślę, że Solska dobrze o tym wie.

Twardowskiemu nie ma sensu nic mówić. Jeśli nie słyszał o ćwierci miliona samobójców w Indiach, którzy nie byli w stanie spłacić kredytów, jakie zaciągali w Monsanto na kupienie od Monsanto nasion i licencji na ich uprawę, to może sobie o tym poczytać w Wyborczej. Jeśli czytał i zdania nie zmienił, to nie byłoby nieuzasadnione zacząć się zastanawiać, ile musiało mu zapłacić Monsanto?  Patrząc na pensje polskich naukowców, pewnie niewiele. Gdyby płacono więcej, pewnie żadni profesorowie nie mieliby problemu z drożyzną. Za którą zresztą w dużej mierze odpowiedzialne są spekulacje na rynkach żywności, a nie sposoby jej produkcji.

Skoro już zastanawiamy się nad pieniążkami, może warto przemyśleć też argumenty drugiej strony. Skoro tak wielu jest przeciwników GMO, niezależnie od tego, czy mają rację, czy nie, to również tworzą spory rynek. Polska, jak na razie jest krajem prawie od GMO wolny. (Prawie, bo mimo zakazu uprawia się GMO i raczej nikt się tym nie przejmuje.) Może warto to wykorzystać jako atut? Dzięki temu w przyszłości będziemy mogli naszą żywność sprzedawać drożej i zarabiać więcej kasiorki. Drożyzna nie będzie nam straszna.

Do uprawy GMO nie potrzeba też zbyt wielu rolników. Oczywiście, można się zastanawiać, czy w ogóle potrzebujemy rolników. Jedyny rolnik, jakiego znam, to Rafał Ziemkiewicz, co każe mi myśleć, że niekoniecznie. Ale w Unii Europejskiej zdają się myśleć inaczej, więc ustanowili dopłaty dla rolników, za to, że są. Gdy małe gospodarstwa zostaną wykoszone przez globalne korporacje, będziemy mieli więcej bezrobotnych, których nie będzie stać nawet na żywność tańszą o te dziesięć procent. No, chyba że opodatkujemy globalne korporacje, a bezrobotnych rolnikom załatwimy dochód gwarantowany. Na to się jednak jakoś nie zanosi.

I to jest prawdziwy problem biednego Południa, panie profesorze Monsanto. Jak pisze Greenpeace: „Większość głodujących ludzi na świecie zamieszkuje kraje, które posiadają nadwyżki żywności, nie zaś jej niedobory”. Nie chodzi o ilość, ale o to, co się z tą ilością robi. Greenpeace wkurza mnie jak mało co, ale tu akurat chyba ma rację: „Zamiast wytwarzać żywność zdolną zaspokoić potrzeby lokalnych społeczności, przemysł rolniczy zajmuje się produkcją upraw, które sprzedaje następnie na rynkach międzynarodowych”. A pan wspiera ten przemysł, panie profesorze Monsanto. Więc proszę nam tu nie wmawiać, że to los biednych leży panu na sercu.

I tu wracamy do prawdziwego problemu z GMO. Do patentów na żywność. Rolnicy przestają być rolnikami, stają się  najemnikami globalnych korporacji. Żeby móc siać i zbierać, muszą wykupić od korporacji nasiona i licencje na hodowanie tych nasion. Na ten zakup korporacja oczywiście z chęcią da kredyt na lichwiarski procent. A jak się potem okaże, że zbiory nie będą wyglądały tak ładnie jak w folderze, to sorry. W Indiach chłopi wiedzieli, jak sobie poradzić w takiej sytuacji. W Polsce liczba samobójców wśród rolników rośnie regularnie od 1989 roku. Ale może samobójców nigdy za mało. Samobójstwo lepsze niż aborcja. Ktoś powinien zrobić takie billboardy.

W ogóle wszystkiego jest na świecie za dużo. Z takim twierdzeniem mógłbym się nawet zgodzić. Można by też dodać, że za dużo jest właścicieli wszystkiego. A przecież wystarczyłoby kilka globalnych korporacji, które miałyby wszystko i się tym wszystkim zajmowały. Oczywiście dramatyzuję. A o ile szkodliwość GMO dla zdrowia może być podważana, to już szkodliwość dla środowiska trudniej. Jak pisze prof. Ludwik Tomiałojć (eksperci za GMO?): „Dla polskiej przyrody najważniejsze jest, co następuje: Dzięki drobnoziarnistej strukturze upraw i niskiego zużycia biocydów kraj nasz jest ostoją czystej chemicznie produkcji rolnej oraz ostoją wielu odmian kultywarów i wielu gatunków dzikich. Mogą one wyginąć w razie likwidacji rolnictwa tradycyjnego i ekologicznego. Inwazja przemysłowych upraw roślin GM może też silnie zredukować krajową różnorodność genetyczną i gatunkową”. Ale po co nam tyle różnorodności? I tak mało kto jest w stanie spamiętać nazwy tych wszystkich roślin. Polecam też cały tekst prof. Tomiałojcia. Dość jasno tłumaczy, że z GMO chodzi o to, że go nie potrzebujemy. GMO potrzebuje głównie Monsanto. Państwo polskie nie ma obowiązku działać w interesie tej firmy. Znamienne, że ekspert w wywiadzie nie mówi ani słowa o patentach i posiadających je korporacjach. Dziennikarza też jakoś to nie interesuje.

  Mimo wszystko, jestem za modyfikacjami genetycznymi. I gdybym mógł tak zmodyfikować swojego embriona, że byłbym dwa razy większy i mądrzejszy, to nie wahałbym się ani minuty. Choć wahałbym się trochę dłużej, gdyby się okazało, że w efekcie stanę się własnością jakiejś korporacji. Niestety nawet korporacje na razie nie robią takich rzeczy. Ale może kiedyś zaczną. I to dopiero będzie ciekawe. 

——————————————————————————————————–

Wprowadzenie w Polsce upraw GMO może doprowadzić do upadku drobnych gospodarstw rolnych – uważa dr hab. Katarzyna Lisowska.

Przyjęta przez parlament ustawa o nasiennictwie nie reguluje sprawy upraw genetycznie modyfikowanych, ale też ich nie zakazuje. Określa tryb rejestracji i wytwarzania materiału siewnego, głównie tradycyjnych odmian. Zawiera jednak zarazem, wywołujący duże kontrowersje, przepis dotyczący możliwości rejestracji odmian transgenicznych. Ustawa czeka na podpis prezydenta, który ma czas na podjęcie decyzji do 24 sierpnia.

Zdaniem dr Katarzyny Lisowskiej z Instytutu Onkologii w Gliwicach, najważniejszym problemem związanym z GMO, w kontekście wspomnianej ustawy, jest wpływ tej technologii na polskie rolnictwo.

– Uprawa GMO to rolnictwo bez rolnika. Na tysiące hektarów wystarcza kilka osób do obsługi. W Ameryce Południowej właściciel mieszka w Santiago de Chile i nigdy nie widział swoich areałów. Wynajmuje firmę, która wiosną posieje, kilka razy opryska plantacje, a potem zbierze zbiory. Polska ani Europa to nie są miejsca, gdzie tego typu rodzaj rolnictwa powinniśmy promować – powiedziała Lisowska.

Wprowadzanie latyfundiów – jak podkreśliła – może skończyć się upadkiem drobnych gospodarstw rolnych.

– Trzeba myśleć o tym, jak ta żyjąca na wsi część społeczności stawi czoła konkurencji potężnych koncernów i mechanizmów wprowadzających latyfundyzację wsi – powiedziała.

Jej zdaniem, nie ma możliwości by rolników, którzy uprawiają zboże niemodyfikowane, ochronić przed roślinami modyfikowanymi. Unia Europejska ma wprawdzie określone zasady koegzystencji, które mają zniwelować negatywne skutki zanieczyszczeń, ale nie ma skutecznej metody zabezpieczającej przed mieszaniem się ziaren.

– Pyłek kukurydzy w czasie tornada może się przenieść na setki kilometrów i żadna strefa buforowa nie pomoże. Rośliny takie jak rzepak mają drobne ziarna, które gubią się w czasie transportu i pozostają w maszynach siewnych – wyjaśniła.

 

 

Zdaniem dr Lisowskiej, rośliny modyfikowane genetycznie nie pozostają też bez wpływu na ludzkie zdrowie.

 

– GMO to nie jest cyjanek potasu, który przynosi natychmiastowy efekt. Tutaj dynamika ujawniania się szkodliwych zmian – tak jak w przypadku palenia papierosów czy narażenia na azbest – ujawni się po dłuższym czasie. GMO w żywności mamy dopiero od 17 lat, nie ma w tej chwili obserwacji jego wpływu na ludziach – powiedziała dr Lisowska.

Nie podzieliła również tezy, że żywność pochodząca z odmian GMO jest dobrze przebadana. Jak podkreśliła, instytucje takie jak EFSA (European Food Safety Authority) nie przeprowadzają własnych badań bezpieczeństwa GMO, a analizują jedynie wyniki dostarczane im przez producentów.

– Czy producent, starający się autoryzację produktu, dostarczy wyniki, które pozostawiają jakiekolwiek wątpliwości co do bezpieczeństwa? – zapytała. „To jest konflikt interesów” – dodała.

Wstępne badania pokazują, że zagrożeniem dla zdrowia człowieka nie jest sama manipulacja genetyczna, a bardziej technologia upraw GMO.

– W Ameryce Południowej są latyfundia pełne soi GMO, które opryskuje się z samolotów. Te samoloty opryskują chwastobójczym Roundup’em mieszkających tam ludzi i ich pola. W tych okolicach już od kilku lat notuje się podwyższony odsetek problemów z płodnością, pojawiają się wady wrodzone dzieci – powiedziała rozmówczyni.

Jej zdaniem w polskich sklepach produktów z GMO jest niewiele.

– Wszystkie opowieści o tym, że piękne truskawki, pomidory czy mandarynki bez pestek muszą być GMO to bzdury. To działanie na podświadomość: skoro wszędzie tego jest pełno, to już nie ma przed tym ucieczki. To nie jest prawda – zaznaczyła.

Jak tłumaczyła, 95 proc. światowego areału upraw roślin modyfikowanych genetycznie to cztery rośliny: soja, kukurydza, rzepak i bawełna. Soja w większości przypadków jest wykorzystywana jako pasza, a kukurydza i rzepak w dużym stopniu są przerabiane na biopaliwa.

– To kolejny przykład socjotechniki. Mówi się, że chcemy nakarmić głodujący świat, a tak naprawdę nie karmimy głodujących, tylko wlewamy to do baku samochodowego – zaznaczyła.

W Polsce – z roślin modyfikowanych genetycznie – najczęściej możemy spotkać się z soją. Tylko kupując tę z certyfikatem możemy być pewni, że jest wolna od GMO.

– Problemem może być białko sojowe w wędlinach. Nie sądzę by były to jednak takie ilości, których należałoby się obawiać. Ja kukurydzę kupuję węgierską (…), bo Węgrzy mają zakaz upraw kukurydzy MON 810. Co jest w płatkach kukurydzianych, tego już niestety nie wiemy – powiedziała rozmówczyni PAP, która uczestniczyła w konsultacjach prezydenta z naukowcami w sprawie ustawy o nasiennictwie.

 

 

PAP – Nauka w Polsce, Ewelina Krajczyńska

 

 http://naturalnegeny.pl/pliki/raport_GMO.pdf

 

RAPORT O GMO W POLSCE

 

 http://naturalnegeny.pl/pliki/poradnik.pdf

PORADNIK JAK KUPOWAĆ PRODUKTY BEZ GMO 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.